W Galerii Jana i Janiny Korpalów

Galeria Korpalów w Szklarskiej Porębie

Fot. Grzegorz Tomicki

Galeria Fotografii Artystycznej Jana i Janiny Korpalów w Szklarskiej Porębie mieści się – chciałoby się powiedzieć: mości – przy ulicy Kilińskiego 3. Mniej więcej w połowie drogi między Lewiatanem a Biedronką tudzież po drodze na wyciąg na Szrenicę, co odwiedzającym nasze miasto turystom może coś powie. Podejrzewam jednak, że jeśli czytają to jacyś turyści, którzy trafnie i z radochą skojarzyli ulicę Kilińskiego z drogą na wyciąg – a może nawet biegali z Lewiatana do Biedronki i z powrotem – to w większości nie mieli pojęcia, że przechodzili obok jakiejś galerii. Nic dziwnego, nie przyjechali tu przecież po to, żeby oglądać obrazki. Dla niektórych – jak wnoszę po zachowaniu – ważniejsze są nawet nie tyle góry i lasy, ile basen, bilard, sauna, piwo czy telewizja. A szkoda, bo skoro już przyjechali, to przy okazji mogliby skosztować czegoś, czego u siebie nie mają.

Co do mnie, to o tym, że Galeria Fotografii Artystycznej mości się przy ulicy Kilińskiego 3, wiedziałem, zanim jeszcze osiadłem na dłużej niemal tuż obok, przy ulicy Spokojnej. Ale musiało minąć dokładnie półtora roku mojego pomieszkiwania w Szklarskiej Porębie o pół rzutu beretem od owej galerii, abym się zebrał w sobie i zajrzał do środka. Być może przez zasiedzenie nabyłem już pewnych cech niektórych tuziemców, którzy nigdy nie byli na Szrenicy, Śnieżnych Kotłach czy Wysokim Kamieniu, bo przecież tutaj mieszkają i nie muszą się z tym spieszyć. A nawet w ogóle nie muszą tam chodzić, zostawiając to przyjezdnym. Bo co to za atrakcja, skoro ma się do niej niczym nieograniczony dostęp na okrągło? Być może zatem mieszkałem po prostu za blisko, aby się zaraz wybierać do galerii z wizytą. Może i dobrze się stało, że zostawiłem sobie takie delicje na potem. Lepiej smakowały.

Była sobota. Pani Janina – wdowa po Janie Korpalu, bardzo wiekowa już dama – przywitała mnie niezwykle serdecznie, na co zasłużyłem głównie tym, że „przyszedłem od Zbyszka Frączkiewicza”. Razem z mężem zajmowali się fotografią, ale to on był bardziej ceniony, czego dowodem liczne dowody uznania wyeksponowane w galerii.

Cała galeria to raptem dwa pokoje wydzielone w domu jak najbardziej mieszkalnym. A w nich same skarby. Niemal każdy centymetr ściany obwieszony zdjęciami i obrazami. Poza tym wszędzie książki, albumy, rysunki, dyplomy, pamiątki. Muzeum aż gęste od historii i sztuki. Zdjęcia głównie autorstwa pana Jana, kilka pani Janiny – piękne fotografie przyrody. Jeden z obrazów namalowany w młodości przez Jana Korpala, znamionujący duży talent, o ile wolno mi oceniać. Jak wyznała pani Janina, mąż nie został malarzem, bo jego rodziny nie było stać na to, aby opłacić mu porządną artystyczną edukację. Kto wie, może i lepiej. Może bardziej spełnił się jako zapalony fotograf Karkonoszy.

Jego zdjęcia robią naprawdę duże wrażenie, przynajmniej na mnie. A z doświadczenia wiem, że wbrew pozorom góry są wyjątkowo trudnym obiektem do fotografowania. Gór po prostu nie sposób ogarnąć. Nie można ich przełożyć na język sztuki w taki sposób, aby w tym przekładzie nie utracić tego, co w nich najistotniejsze – pewnego wszechstronnego i niezwykle intensywnego oddziaływania. Można by rzec, iż sztuka nigdy nie dorówna oryginałowi, czyli naturze. Ta jest bowiem doskonała sama w sobie i nie potrzebuje żadnych zabiegów, obróbek czy technik, aby przemówić w sposób pełniejszy czy bogatszy od tego, w jaki właśnie przemawia.

Ale też oglądając zdjęcia Jana Korpala, szybko dochodzę do wniosku, że nie chodzi w nich bynajmniej o ogarnianie, odwzorowywanie, przekładanie czy dorównywanie. Przeciwnie. W naturze góry działają na człowieka niesłychanie emocjonalnie i niejako całościowo, angażując wszystkie jego zmysły, nie zostawiając mu poniekąd miejsca na własne dopowiedzenia czy interpretacje. W obiektywie artysty natomiast zawsze widzimy tylko wycinek, aspekt, niespodziewaną perspektywę, których byśmy „gołym okiem” – bujając w obłokach gór jak odurzeni – nie zauważyli. Słowem, artysta proponuje odbiorcy co innego niż góry dają zanurzonemu w nich obserwatorowi – choć są to wariacje na ten sam temat. I może jedynie takie ich „przedstawianie” ma jakikolwiek sens.

Wiele zdjęć Korpala to portrety zaprzyjaźnionego z nim innego szklarskiego artysty Wlastimila Hofmana. Co za twarz do fotografowania! Głębokie, zamyślone, zawsze jakby nieobecne spojrzenie, z nieodłączną nutą tragizmu i melancholii.

Są też zdjęcia obrazów Hofmana. Po części jest to ich fotograficzna dokumentacja. Bezcenna, albowiem Hofman pozbywał się swoich dzieł zwykle bardzo szybko, naglony potrzebami natury bytowej – mówiąc wprost, przez dłuższy czas malarz po prostu klepał biedę i sprzedawał swoje dzieła za pół darmo, aby mieć co jeść. W związku z tym są one rozrzucone po całym bożym świecie i nie sposób chyba powiedzieć, ile ich właściwie jest i gdzie się znajdują. Ich fotograficzna dokumentacja wprowadza w ten chaos jako taki przynajmniej porządek. A niektóre z tych obrazów pozostaną dla nas dostępne jedynie w tej formie.

Co łączyło obu artystów? Obaj na skutek rozmaitych okoliczności losu znaleźli się po wojnie w Szklarskiej Porębie, szukając w niej spokojnej przystani – swojego miejsca na ziemi – dogodnej aury do tworzenia. Z opowieści pani Janiny wynika, że rozumieli się i czuli ze sobą świetnie. Obaj też zostali tutaj na zawsze. Spoczywają na tym samym cmentarzu parafialnym, nieopodal kościoła Bożego Ciała nad Doliną Szczęścia. Wlastimil Hofman (1881-1970) i Jan Korpal (1916-1977).

Różnie się mówi o twórczości Wlastimila Hofmana. Że jego twórczość była coś warta tylko na początku, że potem wypadł z obiegu jako „epigon Malczewskiego” i „pogrobowiec Młodej Polski”. O Janie Korpalu pamięta się chyba jeszcze mniej. Dla mnie zaś jest oczywiste, że bez nich Szklarska Poręba nie byłaby sobą. I przykro jest myśleć, że wielu Polakom – tym samym, którzy tu ochoczo przybywają – nazwiska te niewiele mówią.

Smutne jest jeszcze jedno. We Wlastimilówce jej wieloletni opiekun, samotny, nieuchronnie starzejący się pan Wacław Jędrzejczak ma problemy z najprostszymi codziennymi czynnościami – na przykład z robieniem zakupów. Galeria Fotografii Artystycznej zawsze działała i trzyma się właściwie tylko ze środków pani Janiny i skromnych datków nielicznych odwiedzających. Oboje pytani o to, czy miasto im w jakikolwiek sposób pomaga, uśmiechają się smutno. Wolą nie mówić. Robią swoje.

Jak długo jeszcze?

Grzegorz Tomicki

„Odra” 12/2019



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *