
Wstyd się przyznać, ale kiedy po raz pierwszy wszedłem – zresztą dość przypadkowo – do domu Wlastimila Hofmana w Szklarskiej Porębie Średniej, niczego o tym artyście nie wiedziałem. Choć może i dobrze się stało. W ten sposób zetknąłem się z jego twórczością nieuprzedzony. Szczerze mówiąc, nigdy nie przepadałem za tego typu malarstwem, ale jego obrazy w tym akurat miejscu zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Krótko mówiąc, kto kocha Szklarską Porębę, musi pokochać także Wlastimilówkę, a kto pokocha Wlastimilówkę, musi też pokochać Wlastimila Hofmana – artystę nierozerwalnie związanego z tym miastem.
Nie tylko obrazy zrobiły na mnie wielkie wrażenie, ale i sam dom – z ciemnobrązowego drewna, malutki, jakby miniaturowy, okolony stareńkim płotem. Tego dnia zatopiony dodatkowo w majowym słońcu. Zupełnie jak nie z tego świata – co jest poniekąd prawdą.

Mało brakowało, a bym do domu tego cudami wypełnionego w ogóle nie wszedł. Chwyciłem za klamkę, a furtka wprawdzie zaskrzypiała, ale nie puściła. Po kilku ponownych próbach – a bałem się naprzeć mocniej, bo płotek wyglądał tak, jakby za chwilę miał runąć i bez mojej pomocy – zrezygnowany pomyślałem, że po prostu zamknięte, w każdym razie dla takich przygodnych łazęgów jak ja. No to sobie poszedłem. Ale po kilkunastu krokach zawróciłem – i to był jeden z niewielu naprawdę słusznych i zbawiennych kroków w moim życiu. Wróciłem, stanąłem przy płocie i siłą woli tudzież rozmaitymi gorolskimi zaklęciami chciałem sprawić, aby mnie wpuszczono do środka. No i zadziałało! Z domu wychynął obecny gospodarz domu pan Wacław Jędrzejczak i podpowiedział, abym szarpnął mocniej, bo furtka zamknięta na amen bynajmniej nie jest. I rzeczywiście, nie była.
I w ten magiczny sposób dostałem się do środka, a w środku o mało nie zwariowałem. Ale tak niegroźnie, z nadmiaru wrażeń, na skutek niezdrowej ekscytacji, na którą tak jestem – osobliwie w Szklarskiej Porębie – podatny. W malutkich wnętrzach obraz na obrazie, sztalugi, pędzle, tuby z farbami, moździerze, rozmaite pamiątki, zdjęcia, dokumenty, drewniane świątki i skrzypki, Jezuski, świeczniki, lampy, książki i tym podobne artystyczne i nieartystyczne papiloty. I wlewające się zewsząd słońce, bo okiennice otwarte na oścież. I upał, niespotykany jak na ten klimat o tej porze roku.

A kiedy trochę ochłonąłem, ucięliśmy sobie z Panem Wacławem dłuższą pogawędkę o malarstwie, poezji, Karkonoszach i Izerach, nauce, społeczeństwie, końcu świata i o czymś jeszcze najważniejszym, o czym jednak na śmierć zapomniałem. I to tak dokumentnie, że już sobie pewnie nie przypomnę. A na koniec gospodarz nie wziął ode mnie nawet tego nędznego piątaka, com mu go po chamsku wciskał na odchodnym (bo zapytany na wchodnym, odpowiedział z lekkim niesmakiem, że „za zwiedzanie to potem, co łaska”). A nie wziął tego piątaka może dlatego, że wcześniej nie dał mi pracy, o którą go bez pardonu zagadnąłem – tak mi się w tym domu podobało! Ale jakże miał mi dać mi jakie zajęcie przy tym domku tryskającym wewnętrznym i zewnętrznym blaskiem oraz wypełnionym duchem tworzącego tu artysty, skoro mu na początku oznajmiłem bez ogródek, że kto zacz ów Wlastimil Hofman, to ja dotąd nie słyszałem ni dudu.
Dzisiaj jest zgoła inaczej. O malarzu nie tylko słyszałem co niemiara, ale się naoglądałem jego obrazów i się o nich całkiem sporo naczytałem. A przede wszystkim tak przesiąkłem jego duchem, że mógłbym teraz sam być wystawiany w Szklarskiej Porębie Średniej, Górnej tudzież Dolnej jako pomnik natury i kultury za jednym zamachem, niczym jaki Chybotek albo i Liczyrzepa vel Rübenzahl we własnej – czyli mojej – osobie.

A co tam w ogóle i w szczególe zobaczyłem w tej Wlastimilówce, to nawet szkoda słów. Chwała Bogu, coś mnie naszło i napstrykałem mnóstwo zdjęć, więc kto ciekaw, możecie je sobie tu i ówdzie obejrzeć.
Grzegorz Tomicki
Pierwodruk: „Odra” 2/2017
