Jak wiemy, pierwsze razy są najlepsze, bo są pierwsze, a następne są jeszcze lepsze, ale to już nie wiadomo dlaczego. Podczas mojej drugiej wyprawy w okolice Śnieżnych Kotłów postanowiłem wypróbować obie wspomniane górskie prawidła i połączyć najlepszy pierwszy raz z jeszcze lepszym drugim. Gór bowiem nigdy nie za wiele!
Po raz drugi zatem wędrowałem Czeską Ścieżką do schroniska „Pod Łabskim Szczytem”, ale zaraz za nim zamiast skręcić utartym, a raczej ubitym żółtym szlakiem w lewo, wiodącym pod Łabski Szczyt i nad Śnieżne Kotły albo równie utartą, choć nierównie bardziej grząską Mokrą Drogą w prawo na Szrenicę, ruszyłem nieoznakowaną Mokrą Ścieżką na wprost, czyli prościutko ku leżącej przy Głównym Szlaku Sudeckim Czeskiej Budce i dalej do Źródeł Łaby. W ten sposób nie tylko uniknąłem dłuższego spaceru Głównym Sudeckim Deptakiem, ale też znalazłem się po czeskiej stronie Karkonoszy, na co miałem chrapkę od dawna.
Cóż mogę powiedzieć, Czeska Ścieżka od ostatniego razu jeszcze wypiękniała i znów była cudownie bezludna. Schronisko „Pod Łabskim Szczytem” trzyma się dobrze i z dużym wdziękiem znosi licznych turystów. Nieoznakowana Mokra Ścieżka okazała się zaś tak pięknie opustoszała, że zacząłem wątpić, czy w ogóle wolno nią chodzić. Ale że lepiej miesić wapno, niż zastanawiać się nad podobnymi kwestiami, spokojnym krokiem przeszedłem Główną Sudecką Arterię, minąłem Czeską Budkę i dotarłem do źródeł Łaby, gdzie o mało nie zakochałem się w pewnej Czeszce, która wrzuciła do źródełka pieniążek i popatrzyła na mnie tak, jakby miała taką samą chrapkę na mnie jak ja na nią, co raczej mało możliwe. Do innej zaś Czeszki zapałałem wielką, acz krótkotrwałą żądzą, bo była z drewna, a na drewno nie lecę.
A skoro byłem już w czeskich Karkonoszach, podreptałem przez Labską Loukę do Labskej Boudy. Labska Bouda jest to takie czeskie schronisko, które tak się zapatrzyło w polską Śnieżkę, że podobnie do niej przybrało kosmiczny wygląd, co jest pomysłem cokolwiek od czapy, ale ma swój urok. Kto widział na własne oczy, ten wie, o czym mówię.
Spod Labskej Boudy kopnąłem się Koňską Cestą pod samą Czarcią Ambonę (co za piękne nazwy!) przy Radiowo-Telewizyjnym Centrum Nadawczym (nazwa zupełnie pozbawiona polotu) nad Śnieżnymi Kotłami, gdzie szybko zorientowałem się, że za pierwszym razem w ogóle przegapiłem Mały Kocioł, choć nie jest on bynajmniej tak mały, jak go nazywają. Jakieś półtora godziny później i dwieście metrów niżej odkryłem, że dwa lata wcześniej minął mnie także zjawiskowy widok Kotłów widzianych spod Śnieżnych Stawków. Doprawdy, myślałem, że za chwilę pojawi się w okolicy jaki King-Kong i zrobi ze mną porządek, w tak ekstatyczny amok popadłem na owe kongijskie okoliczności przyrody, które nie mają sobie równych i bodajby jedli psie gówno, którzy myślą inaczej. Wzięła mnie nawet ochota popływać nago w tym czy owym stawku, ale z wrodzonej przyzwoitości poniechałem tego zamiaru, czego dzisiaj trochę żałuję. Ale nic straconego! Prędzej czy później niechybnie tu wrócę!
Aha, pod Śnieżnymi Stawkami rozpaczliwie szukałem rzadkich gatunków flory alpejskiej i arktycznej w postaci wawrzynka wilczełyko, zimozioła północnego tudzież miłosny górskiej. Ale jakże mógłbym taką miłosnę górską znaleźć, skoro nie wiem, jak taka miłosna właściwie wygląda, a nawet czy w ogóle istnieje?












